Informacje o poszukiwaniu przez grupę Bede'go złota
Lecz jak się do tej żyły dostać? Próbowaliśmy oskardami powybijać stopnie w skale. Nic z tego. Wiecznie mokra ściana nie dawała oparcia ani nogom, ani rękom. Więc tylko wyłamywaliśmy okruchy skały, oglądali każdy chyba ze sto razy, lecz na żadnym z nich nie było nawet śladu złota. — Kto wie — mruknął Karol — złoto mogło tkwić w środku, lecz żeby je wydostać, należało zemleć kamień na proszek. — Pewnie ma pan rację. Nam to nie przyszło do głowy, zresztą... skąd mieliśmy wziąć taki młyn? Wróciliśmy do przemywania piasku z rzeczki. To trwało ze dwa tygodnie. Wyniki były coraz gorsze. Na dobitkę kończyła nam się żywność. Należało poszukać czworonogiej pieczeni. Droga wiodła przez las, na szczęście rzadki, porastający niezbyt strome zbocze, i bez większego wysiłku osiągnęliśmy kopulasty szczyt. Za nim. widniała następna dolinka, tyle że bezwodna. Powędrowaliśmy dalej, raz pieszo, raz konno, aż wieczorem trafiliśmy na górski potoczek. Tam zanocowaliśmy. Kiepsko wypadł wieczorny posiłek, a zapowiadał się tak dobrze.