Informacje o poszukiwaniu przez grupę Bede'go złota


Przypomniał nam, że jeśli sprawy nadal tak się będą toczyć, przyjdzie zginąć z głodu. Więc mimo zmęczenia o świcie wtaczaliśmy się nad strumykiem. Los się do nas uśmiechnął. Clark ustrzelił łosia, ja paskudnie spudłowałem. Lecz to był ostatni uśmiech losu. Złota nigdzie nie odkryliśmy, nawet tyle, żeby wypełnić nim naparstek. Dalsza włóczęga, raz tu. raz tam, nie dała żadnych re-zultatów, poza jeleniem (to znowu zasługa Clarka) i kilkoma indykami. Lecz trafiały się dni, kiedy tylko. leśne jagody zaspokajały nasz głód. Miałem już tego dosyć. Rada w rade, należało wracać do naszej pierwszej dolinki. Ba, ale podczas tak długiej wędrówki wszystko nam się pokręciło. Nie potrafiliśmy odszukać drogi powrotu. Najgorsze nastąpiło w dwa dni później: napadnięto nas! Wieczorem w naprawdę bardzo zacisznym miejscu, gdzie, jak się zdawało, nigdy nie stąpnęła noga człowieka. Nawet nie zdążyłem wyplątać się z koca. Gdybym zdążył! Mój pas z coltami spoczywał na długość ręki, ale tej ręki już nie zdążyłem wyciągnąć.