Informacje o poszukiwaniu przez grupę Bede'go złota


Ruszyliśmy dalej w górę rzeczki, a dolinka raz się rozszerzała, raz zwężała do rozmiarów wąwozu. W ten sposób przewędrowaliśmy dobre dwie mile. Nie jestem piechurem, więcej czasu spędziłem na siodle niż na podeszwach własnych butów, a tę dwumilową drogę odbyliśmy pieszo wiodąc konie ,za uzdy. Clark twierdził, że w ten sposób nie przeoczymy żadnej bonanzy. Dobrze czułem w kościach spacerek. Wszystko ma swój kres, niekiedy dobry, niekiedy zły. Nagle ujrzeliśmy pionową skałę zamykającą drogę, jednak woda płynęła nadal, tak samo spokojnie jak przedtem. Był to bowiem tylko nagły zakręt wąwozu, a za tym zakrętem, kilka jardów zaledwie, rozstąpiły się skały tworząc kolistą łączkę. Przez jej środek niknął nurt strumienia. Zbocza porastały drzewa, a da-tej, w głębi, walił z wysokości stromej iglicy wodospad. Tak oto dotarliśmy do źródeł naszej rzeczki. Migiem rozpaliłem ogień, nastawiłem wodę w garnku, Clark zajął się rozkulbaczeniem koni. Później... ach, cóż to była za uczta! Byłem piekielnie zmęczony, Clark również. Przecież nie wytrzyma!