Informacje o poszukiwaniu przez grupę Bede'go złota
Opłaciło się. Pod koniec dnia mieliśmy ze cztery garście złotych orzeszków. Byłem słaby jak mucha, a Clark jak komar. To pewnie od tej wody, albo z głodu, bo obiadów nie jadaliśmy, żeby nie tracić czasu. — Iz jednego, i z drugiego — zauważył Karol. — Ludzie nazywają to gorączką złota. Trudno się od niej ustrzec nawet starym wygom, a cóż dopiero początkującym greenhornom. Sam widziałem, jak tacy poszukiwacze ograniczali się do jednego posiłku dziennie, a później marli ni z tego, ni z owego. — To znaczy, że postępowaliśmy głupio? — Bardzo głupio — bezlitośnie stwierdził Karol. Spostrzegłem, iż Będę nie wziął do serca tak ostrej oceny. Machnął tylko ręką i wrócił do przerwanej opowieści. — Po kilku następnych dniach posiadaliśmy pół woreczka samych nuggetów, ale już nic więcej nie znaleźliśmy w naszej dziurze. Należało poszukać wyżej, to znaczy w skale, z której walił wodospad. Ba, łatwo postanowić, trudniej wykonać. Clark twierdził, iż w miejscu, z którego woda wypływa, musi istnieć złota żyła.